Poranne pranie (mózgu)

Zaktualizowano: 13 wrz



Jest poniedziałek, prawie 6 rano. Godzinę temu obudził mnie jakiś dziwny chroboczący dźwięk, jakby pralka. Oczywiście uruchomiła się cała machina "co to za dźwięk, chyba pochodzi z budynku, nie z zewnątrz". Mózg podpowiadał mi najgorsze scenariusze, zaobserwowałam, że to schematy myślenia z dzieciństwa. Głównie wyolbrzymione sceny zaobserwowane w filmach i dostosowane do sytuacji. "Może to ludzka pralka? Ktoś ćwiartuje ludzi i wrzuca do takiej pralki i patrzy jak części ciała się kręcą. Nie no ale serio, to jest dziwny dźwięk, coś tu jest nie tak". Od razu zauważyłam schemat i zaczęłam się śmiać sama z siebie. Nie daję się już wciągać w to zastraszanie.

Ale ja dziś nie o tym. Od momentu kiedy dziwne dźwięki mnie obudziły miałam całą godzinę na przemyślenia o życiu. A jakże! Po co włożyć stopery i jeszcze godzinę pospać, nasz mózg wtedy woli myśleć o życiu. Właśnie nad ranem w poniedziałek kiedy to mamy ochotę jeszcze chwilę odpocząć zanim zacznie się cały nowy tydzień pracy.

Od jakiegoś czasu bardzo mocno męczy mnie poczucie samotności. Już raz zauważyłam, że to poczucie wywołało u mnie stany depresyjne, Jakoś udało mi się jednak z nimi uporać ale wraca i ciągnie się za mną uprzykrzając mi codziennie życie. Niedawno postanowiłam, że nie będę już sama. Nie wiem w jaki sposób, ale zrobię coś, żeby już nigdy nie czuć się odrzuconą ani niechcianą. Umawiam się więc na mnóstwo randek, kombinuję jak mogę żeby poznać ludzi, z którymi mogłabym gdzieś wyjechać, spędzić czas. Ale to nie jest takie proste. Poznałam kilku fajnych facetów, ale nie byli zainteresowani z różnych powodów (niekoniecznie chodziło o mnie). Poznałam koleżankę, ale nie aż tak bardzo chce wychodzić z domu jak jej się wydawało. Ciągle coś i pomimo wielu starań, straconego czasu i energii pozostaję w punkcie wyjścia. Można pomyśleć "to normalne, że trzeba z wieloma ludźmi się spotkać i poświęcić bardzo dużo czasu żeby poznać kogoś wyjątkowego". No i właśnie, to byłoby racjonalne, ale ja tak nie myślę. Ja myślę, że każdy z nich widzi coś we mnie przez co nie chce spędzać ze mną czasu. Że nie jestem na tyle ciekawą dla nich osobą, żeby mieli ochotę wyjść z domu czy umówić się na kolejną randkę. A wiem, że to nie prawda! Mam na prawdę dużo do zaoferowania, robię dużo ciekawych rzeczy i ostatnią rzeczą, którą można o mnie powiedzieć to to, że jestem nudna. To okropne poczucie samotności i odrzucenia, bycia niechcianym, mało wartościowym towarzyszy mi gdzieś w tle i nie do końca uświadomione popycha mnie do ciągłego biegania za marchewką na patyku. Do tego stopnia, że odmawiam sobie wykonywania codziennych czynności dopóki nie uda mi się tego zaspokoić! Nie pójdę po zakupy, nie posprzątam dopóki nie znajdę chętnych na wspólnego sylwestra. Nie obejrzę filmu dopóki nie umówię się z kimś na spotkanie itd. Wczoraj wieczorem wykończona tym wszystkim pozwoliłam sobie usiąść i popłakać. Pozwoliłam sobie odczuć te emocje, które mnie przytłaczają. Świeczka dawała ciepłe światło, spojrzałam na swój cień na ścianie i zobaczyłam siebie mądrą, piękną, zaradną, doświadczoną i łzy zaczęły spływać mi po policzku zastanawiając się dlaczego innym przychodzi tak łatwo mnie odrzucić. Dziś rano jednak zaczęłam się zastanawiać skąd się bierze to uczucie we mnie? Ono nie jest naturalne, skądś musiało się wziąć. Niedawno usłyszałam fajną rzecz. Dlaczego jak się z kimś spotykamy i ktoś nas w jakiś sposób olewa to nas przyciąga i w tym tkwimy? Olewanie sprawia, że czujemy się mniej warci więc postanawiamy zdobyć tą osobę, żeby udowodnić sobie że tak nie jest. Kto mógł sprawić, że czułam się mniej warta? I tu wypłynęło na wierzch to, co MUSI we mnie siedzieć bardzo mocno. Niedostępna emocjonalnie mama. Zabieganie o mamę chyba najbardziej siada na podświadomości dziecka i ciągnie się całe życie. Moja mama była wspaniała, ale tak emocjonalnie niedostępna, że całe życie walczyłam o jej uwagę. Dziecko nie wie, że to nie jest jego wina a w dorosłym życiu jest to już tak mocno zakorzenione, że bardzo trudno sobie to wytłumaczyć. Później już było z górki, jedna z najlepszych przyjaciółek która mnie olała kiedy odeszła mama, koledzy z którymi trzymałam się kilka lat i przestali się do mnie odzywać gdy dowiedzieli się, że straciłam mamę, wciąż nieudane randki bo wybierając partnerów ciągle tym samym schematem ignoruję czerwone flagi od kilku lat. To wszystko w końcu zaczęło mnie przygniatać, wyszło przy nerwicy, depresji i stało się ich cudownym paliwem.

Mam 2 minuty, żeby wstać do pracy więc konkluzja: ludzie nie olewają mnie z mojego powodu. Tu w ogóle nie chodzi o mnie tylko o nich, o ich problemy, lęki, obciążenia emocjonalne których nie przepracowują. Wybierają rzeczy niezdrowe, np. toksyczne środowisko, związki, relacje zamiast wiernych przyjaciół bo to im daje kopa. Czy to moja wina? W żadnym wypadku. Czy ich złe wybory powinny wpływać na to jak ja się czuję ze sobą? Czy ich brak pracy nad sobą powinien być przyczyną tego, że będę wątpić w siebie? W tą mądrą, inteligentną, kochaną, opiekuńczą i wspaniałą osobę?

ABSOLUTNIE NIE


P.S. Mam wrażenie, że ostatnimi czasy jakoś bardzo intensywnie wychodzą brudy na wierzch, żeby można było się z nimi rozprawić


P.S. 2 Chrobocząca pralka dalej hałasuje...


P.S. 3 Dodaję ten dopisek 9 miesięcy później, już mieszkam gdzie indziej, okazało się że hałas to rury od ogrzewania :)) Kolejny dowód, że lęk jest irracjonalny!

3 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie